Bloog Wirtualna Polska
Są 1 205 772 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Informacja

niedziela, 08 lipca 2007 12:49
Z powodów tylko mi znanych przenoszę tę opowieść pod inny adres: inna-strona-zycia-lily.blog.onet.pl
Zapraszam!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Rozdział 19

niedziela, 17 czerwca 2007 20:38

Dochodziła godzina druga nad ranem. Lisa siedziała na łóżku obracając bezmyślnie w dłoniach szkatułkę. Nawet nie zastanawiała się jak ją otworzyć. Sama myśl, że ma w rękach coś co należało do jej matki było dla niej wielkim przeżyciem.  

-Daj ją na chwilę. –Powiedział Daniel odrywając wreszcie wzrok od okna.

Dziewczyna posłusznie podała mu przedmiot.

Chłopak przyjrzał się jej z większym zainteresowaniem niż jego siostra.

Zielone liście na srebrnym tle. To było głupie. Spróbował ją otworzyć. Ani drgnęła. Zawiedziony obrócił ją do góry dnem. Zobaczył dziwne znaki. Przyjrzał się im uważniej. Poprzestawiały się i pozmieniały kształty. W rezultacie stworzyły pięknie wykaligrafowany napis...

-„Kluczem do tajemnicy są wspomnienia.” –Przeczytał. –Co to znaczy?

Dopiero po dłuższej chwili dotarł do reszty sens tych słów.

-To chyba oznacza, że kluczem do szkatułki są wspomnienia mamy. –Powiedział Victora.

-Tyle to i ja zrozumiałem.

-Przestańcie! Nie wydaje się wam to głupie? Jak wspomnienia mogą być kluczem do czegoś. –Lisa nie mogła tego pojąć.

Medalion. –Szepnęła Lily.

Rodzeństwo spojrzało na nią zdziwione.

-Zapomniałam wam powiedzieć. –Powiedziała i opowiedziała im w skucie jej pierwszą podróż do świata Luster.

-I Matka czarodziejka dała mi ten medalion mówiąc, że mama zapisywała tu swoje wspomnienia.

-No pięknie. Pokaż ten medalion. –Powiedziała Lisa.

Lily wyciągnęła z pod  koszulki wisiorek. Ten niespodziewanie szarpnął i poleciał w stronę szkatułki. Zetknął się z nią w miejscu gdzie powinien być zamek. Pokrywa zatrzeszczała i uniosła się do góry.

W środku były cztery medaliony, kilka listów i pamiętniki.

Daniel wyjął list i zaczął czytać na głos.

Kochane Robaczki!

To, że otworzyliście tę szkatułkę musi oznaczać, że nie żyję. Nie wiem jeszcze jak, ale na pewno niedługo się dowiem. Szkatułka zawiera moje pamiętniki z różnych okresów życia. Przeczytajcie. Powinniście lepiej mnie poznać.

Jak pewnie zauważyliście są też tam cztery naszyjniki. Zielony liść zrobiony z Jadeitu należy do Lisy. Zielony pentagram z bursztynu jest Lily. Koniczyna z opalu będzie Victora, a Daniel otrzymuje kocie oko w kształcie krzyża. Pamiętajcie, że nie możecie się nimi wymienić. Są to wasze symbole, a w nich zaklęta jest zła strona żywiołów. Jest strasznie nie bezpieczna, więc musicie nauczyć się nad nią panować. To bardzo ważne. Strzeżcie się człowieka imieniem Tom Marvolo Riddle. Będzie chciał odebrać wam moc nad żywiołami.

Nie zdejmujcie ich nigdy!

Kocham was.

Mama.

-Robaczki?

-Riddle?

-Jeżeli ta stroną żywiołów, którą się do tej pory posługiwaliśmy była łatwiejsza w obsłudze to boję się pomyśleć jaka jest ta. –Powiedziała Lily.

-No tak. W końcu to przez nią wyrzucili nas ze szkoły.

-Podpalenie szkoły, zalanie lochów, tornado w klasie od zaklęć i  troje uczniów prawie uduszonych przez roślinki. –Wyliczał Daniel.

-Gdyby nie interwencja dyrektorów i nasze oceny to nasze różdżki dawno by wylądowały w koszu.

-Jasne. Dyra wolała nieć jedną osobę sprawiającą problemy wychowawcze niż całą czwórkę. Pamiętacie jak zobaczyła ta piękne roślinki?

-Była aż fioletowa ze złości.

-Bierzemy te wisiorki?

-Chyba nie mamy wyboru.

Wyciągnęli ręce w stronę szkatułki. Nie zdążyli ich nawet dotknąć i wylądowały na ich szyjach. Zielony pentagram Lily złączył się ze złotym jej matki.

Nie czuli żadnej różnicy.

***

Peron 9 i ¾  godzina za piętnaście jedenasta.  Uczniowie po skończonej przerwie świątecznej wracają do szkoły lub jak to mówią niektórzy do domu. Trzy dziewczyny jednak nadal nie wsiadają do pociągu. Interesujące. Przyjrzyjmy się im z bliska.

Ida z Dorcas zawzięcie dyskutują o nowej kurtce Dor. Nie zwracają uwagi na otoczenie. Ann siedzi na kufrze i zastanawia się jak wnieść go do pociągu. Jednej osoby z ich paczki brakuje...

-Siemka. –Przywitali się Huncwoci.

-Cześć.

-Mówię ci, że lepszy był by granatowy.

-Granatowy było by gorzej widać. Czerwony do czarnego jest lepszy.

-Przed chwilą mówiłaś, że żółty...

-A im co? –Zapytał Syriusz.

-Gadają o ciuchach. –Westchnęła Ann.

-Zaraz odjeżdża pociąg. Lepiej wsiadajmy. –Powiedział Remus.

-Chyba nie mamy wyboru. Laski tyłki do góry i do pociągu. –Rozkazała dziewczyna.

Popatrzyły na nią jak na kosmitkę, ale nic nie powiedziały. Posłusznie wciągnęły bagaże na schodki. Sli powoli korytarzami. Jak zwykle nie pomyśleli o zajęciu przedziału. Wszystkie były zatłoczone. Doszli do ostatniego. Tylko jedna osoba. Otworzyli drzwi.

Ida otworzyła drzwi.

-Przepraszam bardzo... Lily?

Rudowłosa odwróciła głowę. Miała podpuchnięte oczy od nieustannego płaczu. Powtarzała sobie, że musi być silna. Ale ona nie mogła. Już dwie najbliższe jej osoby umarły, a ona czuła, że na tym jeszcze nie koniec.

-Co się stało? –Zapytała blondynka klęcząca przed nią.

Evans zarzuciła jej ręce na szyję.

-Nie chcę o tym rozmawiać. Błagam....

-Już w porządku. Nie chcesz to nie.

-Dziękuję.

Odsunęły się od siebie.

-Nic się nie stało. Siadajcie. –Powiedziała Crave.

Reszta towarzystwa popatrzyła na nią dziwnie i usiadła na wolnych miejscach.

Nie wypytywali oto co się stało. Wiedzieli, że jest uparta jak osioł lub jak ich poprawiał Potter: bardzo słodki i piękny osiołek.

Rozpoczęli grę w eksplodującego durnia. Ruda trochę się rozweseliła widząc sfajczoną czuprynę Rogacza.

Zaczęło się ściemniać. Żeńska część przedziału wypędziła na korytarz mężczyzn. Trochę marudzili i twierdzili, że nie muszą się ich wstydzić.

Wysiedli z pociągu i udali się do powozów. Wszyscy przechodzili po między pojazdami.

Ruda podeszła do jednego z nich i pogłaskała stworzenie, którego nie znała. Ta niewiedza jednak jej w tej czynności nie przeszkadzała.

-Pośpiesz się! –Krzyknęła Dor wywalając Syriusza z pojazdu. –Idź do swoich kumpli.

-Ałć!  To boli kobieto!

-Bo ma boleć. –Powiedziała i dała mu kopniaka.

Dojechali na kolację. Bez zbędnych przemówień. Tylko jedzenie, przyjaciele i.... Przypomnienie dyrektora o tym, że jutro zaczyna się nowy semestr...

@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--
Skończyłam serie smutnych rozdziałów. Nie nawidzę siebie, bo muszę uśmiercić jeszcze przynajmniej dwie osoby. Nie chcę tego, ale taki był pierwotny scenariusz. Pewnie myślicie, że najprościej jest uśmiercać? Mylicie się. Te postacie śnią mi się po nocach nie dając mi żyć.
Trzymajcie się!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Rozdział 18

niedziela, 10 czerwca 2007 19:34





-Ubierajcie się zaraz idziemy do szpitala.
-Proszę, cioci płaszcz. -Powiedział uprzejmie Daniel.
Chciał sprawić aby ciotka Anabel czuła się głupio mówiąc o nim źle. Nawet nieźle mu to szło. Reszta rodzeństwa postanowiła pójść w jego ślady.
-Ja pojadę z ciocią i babcią. Chcę usłyszeć dalszy ciąg historii o małej Sarze. Dobrze tato? -Zapytała Lily uśmiechając się niewinnie.
-Jeżeli babcia się zgodzi...
-Nie mam ochoty teraz kończyć tej opowieści. Maluch jadą z Dawidem. -Powiedziała władczym tonem i wsiadła do samochodu Cirnelii.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że jak o coś ją poprosi to dostanie odmowę. Prosta zasada. Myślą, że robią ci na złość, a tak naprawdę idą ci na rękę.
Podróż do szpitala nie należała do najprzyjemniejszych. Nie dość, że cel wyprawy był strasznie daleki to pan Evans wziął sobie za punkt honoru umilić dzieciakom podróż kolędami. Okropność. Szczególnie dla elfów, którym wyostrza się zmysł słuchu.
W radiu zaczęła lecieć "Cicha Noc" i oczywiście mężczyzna przyłączył się do śpiewu.
-Cicha noc...
Młodzież na tylnim siedzeniu zatkała uszy.
-...Święta noc...
Bum!
Poszło radio. Pan Evans zjechał na pobocze.
-Nie mogliście powiedzieć żebym przestał?
-Nie chcieliśmy ci przeszkadzać.
-Tak dobrze ci szło.
Mężczyzna uśmiechnął się widząc miny swoich dzieci.
-Nie gniewasz się? -Zapytała głosem przedszkolaka Lisa.
-Nie.
-Hura!
-Ale skoro nie mam radia to wy teraz będziecie śpiewać kolędy!
-Nie!
-Tylko nie to.
-Dziewczyny popatrzyły na braci.
-Mięczaki. -Stwierdziła Lily.
-Ta.
-Co Powiedziałyście?
-Powiedziałyśmy, że jesteście mięczakami.
-Odszczekaj to.
-Nie jestem psem.
-Nie jesteśmy mięczakami. No Victor, śpiewamy!
-Mędrcy świata...
-Wolałam jak tata śpiewał. -Wyznała Lisa zatykając uszy.


Sala szpitalna. Rodzinka zmierzała do boksu, w którym leżała babcia Alicja.
-Najpierw dorośli. -Zakomunikowała Anabel.
-Beznadziejny pomysł. Odizolować nas od starszych. -Powiedziała Lisa.
-Wyluzuj.
-Jest jedna dobra strona. Będziemy mogli w spokoju porozmawiać.
-Tak. Daniel ma racje. Bez tej flądry będzie lepiej.
-Flądry?
Lily wzruszyła ramionami.
-Coś długo nie wychodzą.
-Nie wszyscy wyrabiają się w pięć minut tak jak Pet.
-Ona po prostu jej nie lubi.
-Jasne. Widzieliście kiedyś jak wdzięczyła się do chłopaka?
-Nie.
-Bo żaden nie zwraca na nią uwagi.
-Przestańcie wychodzą.
-Teraz wasza kolej.

-Cześć babciu. -Powiedzieli chórem.
-Och cześć. Ale się za wami stęskniłam.
Uściskali się.
-Wiecie nie zostało mi zbyt wiele czasu.
-Babciu nie mów tak.
-Ala ja to wiem. Czuje, że kostucha siedzi obok nas. Poprosiłam ją o trochę czasu.
-Kostucha?
-Tak. Strasznie gadatliwa dziewczyna. -Westchnęła staruszka.
W sali powiał nagle zimny wiatr. Zupełnie jakby potwierdzenie jej słów.
-Sami widzicie. Chciałaby z wami porozmawiać, ale to nie wasz czas.
Uśmiechnęła się w kierunku krzesła w końcu sali.
-Victor ty niepoważny dzieciaku do rośnij wreszcie. OK? Daniel opiekuj się rodzeństwem. Jesteś z nich najstarszy. Lily, Liso... Jesteście takie podobne do matki. Nie tylko z wyglądu. Wiecie nie we wszystkim się zgadzałyśmy.
Zaległa cisza.
-Daniel otwórz szufladkę i wyjmij z niej co tam znajdziesz.
Lekko zdziwiony chłopak wyjął srebrną szkatułkę ozdobioną zielonymi liśćmi.
-Zostawiła ją u mnie. Twierdziła, że kiedyś będę wiedziała co z nią zrobić. Miała racje. Nigdy nie potrafiłam ja otworzyć. Może wam to się uda. Żegnajcie...
-Babciu zostań jeszcze.
Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiii
Do sali wpadli lekarze i pielęgniarki. Próbowali ją odratować.
-Podpisała NR. -Krzyknął jeden z nich.
Powoli wszyscy opuścili sale. Zostali tylko oni. Po pięciu minutach wszedł ich ojciec. Nie był wstanie uwierzyć, że jego mama, osoba, która była przy nim przez całe życie nie żyła. Po prostu nie mógł. Przytulił ich. W tej chwili nie były ważne słowa, lecz gesty. Słowa nie są wstanie określić największego bólu, pustki, ciszy jaka pojawia się po stracie najbliższej osoby.

Dzień przed sylwestrem miał się odbyć pogrzeb. Przygotowaniami zajęła się Cornelia jako osoba najbardziej trzeźwa.
Na cmentarzu zebrała się prawie cała rodzina. Niektórzy prawie obcy. To się nie liczyło. Należało odpowiednio pożegnać zmarłą.
Ksiądz i jeszcze kilka osób wygłosili przemowę. Na taką okazję każdy znalazł dobre słowa. Ksiądz wypowiedział słowa modlitwy i trumna została zakopana.

Nikt z rodziny Evansów nie miał ochoty do imprezy sylwestrowej. Każdy był pogrążony w swoich myślach...


Sorki za notkę. Mam taki nastrój, że musiałam kogoś uśmiercić.
Zapraszam na mojego nowego bloga: history-ambre.blog.onet.pl

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Rozdział 17 część 2

piątek, 08 czerwca 2007 14:28

 

 

 

 

 

-Dzieciaki wstawać! Zaraz przyjdą goście!

Dziewczyny wstały z łóżek i zaczęły się ubierać.

25 grudnia –wspaniały dzień. Spotkanie z rodzinką, wspólne rozpakowywanie prezentów i świąteczny obiad. Jednak one nie podzielały entuzjazmu świąt. Na samą myśl o spotkaniu babci Gieni i ciotki Anabel robiło im się niedobrze. Nie była to ich prawdziwa rodzina. Ich prawdziwą, żyjącą babcią była matka ich ojca –Alicja. Niestety z powodu złego samopoczucia musi przebywać w szpitalu pod nieustanną obserwacją. Była to niesamowita kobieta. Pełna entuzjazmu i energii. Nikt nie śmiał się jej przeciwstawić. Kochała bardzo swoje wnuczęta i żałowała, że nie może spędzać z nimi więcej czasu.

Siostrzyczki wyszły na korytarz gdzie spotkały swoich braci. Chłopcy byli niewyspani. Biedacy zapomnieli zostawić Mikołajowi mleka i ciastek, i musieli zerwać się w środku nocy by naprawić swój błąd.

-Victor jak ty wyglądasz?! –Załamała się pani Evans.

Natychmiast poprawiła mu koszule jak małemu dziecku.

-Tak o wiele lepiej. –Powiedziała przyglądając się swojemu dziełu.

Ding-Dong!

-To ja otworze. –Zaproponował Daniel.

W progu stanęła Genonefa. Była to gruba kobieta bez gustu. Tym razem dla odmiany założyła włochaty, różowy sweterek i zielone spodnie. Za nią ledwo widoczna stała Anabel. Wysoka szatynka, która na wszystko musi narzekać zupełnie jakby umarła gdyby powiedziała komuś coś miłego nie obrażając przy tym nikogo.

-Dzień dobry –Powiedział młodzieniec z udawaną uprzejmością.

Obydwie kobiety zignorowały go. Weszły do środka rozebrać się. Chłopak czuł się jak wieszak gdy powiesiły na nim swoje futerka.

Chłopak wzdrygnął się gdy poczuł sierść zwierząt. Biedne, małe istoty zakończyły swoje życie nie poznawszy dokładnie świata.

-Och witaj Petunio. –Powiedziała słodkim głosem Anabel.

Potem kobiety przywitały się z resztą rodziny czyli z dorosłymi. Resztę młodzieży olały.

***

Nie chciało mu się wstawać. Nie wiedział czemu zgodził się na powrót do „domu”.

Wyszedł ze swojego pokoju i ruszył do kuchni. Zadzwonił dzwonek u drzwi. Stworek posłusznie otworzył drzwi. Do środka wszedł starszy mężczyzna ze sporą paczką. Domowy skrzat odebrał ją  i poszedł do kuchni. Syriusz ociągając się poszedł w jego ślady.

-Kochanie mam dla Ciebie prezent. –Powiedział głos mężczyzny.

Pan Black zabrał Stworkowi paczkę i rozwinął ją  ukazują małżonce i całej rodzinie gobelin.

Syriusz zobaczył tytuł :

SZLACHETNY I STAROŻYTNY RÓD BLACKÓW

„TOUJOURS PUR”

„Już go nie lubię.” –Pomyślał.

Zajął miejsce przy stole i czekał aż ta uroczystość się skończy.

***

Wreszcie przeszli do rozpakowywania prezentów. W salonie każdy zajął swoje miejsce i każdy ustawił się tak by jak najlepiej widzieć choinkę.  Pan Dawid Evans rozdawał prezenty po jakiś piętnastu minutach każdy miał swoją kupkę paczek.

Lily dostała od Ann książkę o rasach magicznych, od Idy notatnik i kilka czekoladowych żab, od Dor kulkę która migotała jak ktoś ma kłopoty i pokazywała jego twarz, od Huncwotów paczkę słodyczy i dodatkowo od Rogacza złotą bransoletkę z różą przyczepioną do pudełeczka. Rodzeństwo dało jej słodycze i książkę „Jak uśmiercić chłopaka gdy ten cię denerwuje”. Cornelia i tata dali jej kilka bluzek. Babcia Alicja przysłała jej kartkę z życzeniami. Od ciotki i babci nic nie dostała.

Spojrzała na Lisę. Obracała w ręku szczotkę. Lily wiedziała co to oznacza...

-Skoro masz szczotkę to zrób coś z tymi włosami. –Powiedziała zaczepnie Anabel.

-Nie wiesz do czego to służy? –Przyłączyła się Genonefa.

-Lilka chodź do pokoju. –Powiedziała dziewczyna zbierając swoje rzeczy.

-Jak ja ich nie cierpię. –Wysyczała gdy drzwi pokoju zamknęły się.

-Trochę się czepiały...

-Troczę? Lily ja nie wytrzymam obiadu.

-Och przestań zaciśnij zęby i odpowiadaj im grzecznie albo po prostu nic nie mów.

***

Gobelin zawisł w salonie. Wieczorem po skończonym obiedzie Syriusz poszedł mu się lepiej przyjrzeć. Gobelin był wyszyty złotymi nićmi tworzącymi coś w rodzaju drzewa genealogicznego. Niektóre osoby kojarzył. Nazwiska takie jak: Lastrange, Malfoy, Nigelus, Meliflua były mu znane. Nie mógł zrozumieć dlaczego znalazł też nazwisko: Gryffindor. Czyżby był spokrewniony z jednym z założycielami Hogwartu. Elizabeth Gryffindor. Nie znał tej osoby. Zaciekawiło go to, że odrastały od niej cztery złote linie nie opatrzone tytułami.

-Podziwiasz drzewo genealogiczne Blacków?

Syriusz odwrócił się. W drzwiach stał jego ojciec opierający się o framugę drzwi.

-Tak. Zainteresowało mnie nazwisko Gryffindor. Dlaczego linie  wychodzące od Elizabeth Gryffindor nie są opatrzone w imiona i nazwiska?

-Zastanawiałem się czy w ogóle umieszczać ich na gobelinie. Nic nie wiemy o jej potomstwie. Ta kobieta zakochała się w mugolu, ale później od niego odeszła i po kilku latach słuch o niej zaginął. Może to i dobrze.

Zapanowało milczenie.

-Nie wrócisz już do Hogwartu. Sam nauczę cię czarować. Zaczniemy od czarnej magii.

-Jak to nie wrócę do Szkoły?

-Zadajesz się ze szlamami. Tak nie może być. Black powinien mieć odpowiednie towarzystwo.

-Wrócę do szkoły bez względu na twoje zdanie i to moja sprawa z kim się zadaje!

-Orzesz ty! Nauczę ja cię posłuszeństwa! Crucio!

Syriusz zwijał się na podłodze z bólu.

-Nienawidzę cię! –Krzyknął gdy zaklęcie przestało działać. Wstał i pobiegł do pokoju.

Zatrzasnął drzwi sypialni. Wygrzebał kufer i spakował się. Znalazł miotłę i przymocował do niej bagaż. Otworzył okno i wyleciał na zewnątrz. Tylko dokąd miał lecieć? Nie miał pojęcia. Wszyscy pewnie cieszyli się ze świąt. Przypomniały mu się słowa Rogacza: „Stary, wpadaj kiedy chcesz.” Tak Rogacz to dobre rozwiązanie. Skierował miotłę w kierunku domu przyjaciela.

***

Dźwięk sztućcy ucichł. Dziewczyny poszły pozmywać, a chłopcy rozłożyli się przed kominkiem opowiadając ojcu o szkołach. Przyjemnie było nie słuchać już paplaniny tych dwóch kobiet.

 Przez cały obiad powstrzymywały się od  komentarzy na ich temat.

***

Już prawie świtało gdy doleciał do miasteczka, w którym mieszkał jego przyjaciel. Odszukał duży dom. Wszedł do ogrodu i stanął pod oknem. Chwycił kamyk i rzucił. Trafił w obramowanie. Wziął następny i rzucił. Usłyszał jęk. Jego przyjaciel dostał w głowę. 

-Syriusz co ty tu robisz? –Zapytał nieprzytomny Rogacz.

-Możesz mnie wpuścić? Jest trochę zimno.

Po chwili wszedł do środka domu.

-Teraz możesz mi powiedzieć co się stało?

Syriusz usiadł na krześle i opowiedział przyjacielowi o świętach.

-Aha. To nie masz  wyboru zostajesz u mnie.

-Dzięki stary.

-Co się tu dzieje. O dzień dobry Syriuszu. –Powiedział  pan Potter.

-Dzień dobry.

-Hubert co się dzieje. –Zapytała pani Potter.

Po chwili zjawiła się w szlafroku patrząc nieprzytomnie na zgromadzonych.

-Też chciałbym wiedzieć.

-Syriusz nie może wrócić do domu. Jego ojciec chciał go nauczyć czarnej magii, a jak Syriusz się nie zgodził  to rzucił na niego crucio.

Dorośli natychmiast oprzytomnieli.

-W takim razie zostajesz u nas. Teraz chłopcy spać.

@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--@)-->-->--

Wiem, że w książce Syriusz ucieka z domu w wieku 16 lat. Ja chciałam skrócić jego cierpienia.

Podczas pisania notki doskwierał mi brak weny ,  więc to do niej proszę składać zażalenia.

Pozdro!


Podziel się
oceń
0
5

komentarze (15) | dodaj komentarz

Rozdział 17 część 1

wtorek, 05 czerwca 2007 17:01






Mokry śnieg powoli zamieniał się w grad. Uliczki Londynu opustoszały.

Granatowy Ford zatrzymał się prze domem numer 17 przy ulicy Sheffield Gardens. Pasażerowie szybko wbiegli do domu ochraniając się przed kulami. Nie wiele to jednak pomogło ponieważ gdy tylko przekroczyli próg zostali wypchnięci na zewnątrz.

-Co jest? –Zapytał ogłupiały pan Evans.

-Nie mam pojęcia! –Krzyknęła Lily i zaczęła walić w drzwi.

-Kto się tam tak dobija? –Zapytał znajomy głos.

-Victor! Ty idioto!

-Wchodźcie już. –Powiedziała Lisa wpuszczając do środka rodziców i siostrę. –Ale wyglądacie.

-Mi taż ciebie miło widzieć! –Powiedziała Lily przytulając siostrzyczkę.

-No pięknie. A my to co? –Zapytał głosem pełnym pretensji Daniel.

-No to chodźcie tu!

-No dobrze.

Nie ma to jak długi rodzinny uścisk...

-Ała! A to za co?! –Zapytał Victor wyjmując śnieg za koszulki.

Śmiesznie to wyglądało. Skakał na jednej nodze, trząsł głową i próbował jedna ręką wydłubać resztki śniegu. W końcu poddał się i zdjął koszulkę. Popatrzył nienawistnym wzrokiem na ojca, który był winowajcą całego zamieszania.

-Trzeba było nie zaczynać. –Pogroził mu palcem.

-Trzeba było nie kazać mi zmywać.

-O chodź tu ty gówniarzu. –Powiedział jego ojciec, ale Victor uciekł już do kuchni.

-Jego azyl. –Prychnęła Lisa

***

Wieczór. Pokuj Lily i Lisy na piętrze.

-Musimy rozwiązać sprawę zadań domowych na święta. –Ogłosił Daniel.

-To chyba jasne, że robimy tak jak zawsze. –Powiedziała Lisa.

-W Beauxbatons to było co innego. Mieliśmy te same przedmioty.

-I co z tego. Jak nie będziemy w stanie czymś się wymienić to zrobimy to sami. –Zadecydował Victor.

-To po kłopocie. Kiedy przyjeżdża Petunia? –Zapytała Lily.

Na wspomnienie tego imienia Lisa prychnęła.

-Już przyjechała. Poszła do tego swojego chłopaka. Jak on ma?

-Michał.

-No tak. W każdym razie jak przyjechaliśmy to nie przywitała nas zbyt ciepło.

-Powiedział bym zawiało chłodem.

-Jasne.

-Dzieciaki na dół!

-Nie jesteśmy już dziećmi! –Odkrzyknęła Cornelii Lily.

-Jasne! Kochana młodzież proszona na dół!

-To się rozumie.

Zbiegli na dół po schodach.

-Trzeba rozdzielić zadania. –Powiedziała Cornelia gdy wszyscy zajęli miejsca siedzące. –Chłopcy pójdą po drzewko. Jak wrócą Lily i Daniel ubiorą choinę. Albo nie. Choinką zajmą się Lily i Lisa. A nasi chłopcy ustroją dom i ogródek światełkami. Ja z Petonią zajmiemy się kuchnią. Lili i Lisa po ubraniu choinki posprzątacie salon. No do roboty.

Po pół godzinie choinka stała w salonie gotowa do dekorowania. Dziewczyny znalazły na strychu ozdoby i z nieco świątecznymi nastrojami zabrały się do pracy. Lily chciała założyć gwiazdę, ale Victor ją ubiegł. Drzewko nie wyglądało najgorzej. Czerwono-złote ozdoby składające się z bombek, kokardek, łańcuchów i światełek delikatnie odbijały płomienie z kominka. Zostało tylko sprzątanie. Dziewczyny uzbrojone w kompasy i łopaty...eee... przepraszam w szczotki do kurzu i odkurzacz natarły na nieprzyjaciela.

Dużym chłopcą nie szło najgorzej. Jeden z nich wspinał się po dachu i śpiewał kolędy, a drugi podawał mu światełka. Co do trzeciego to lepiej nie wspominać. Victor tarzał się jak małe dziecko w śniegu. Zdążył już zrobić kilka bałwanków. Niestety wszystkie kończyły w studni sąsiada. (No co w tym dziwnego? Nigdy nie chcieliście sprawdzić czy woda od wrzucanego śniegu zamarznie? Najgorzej jest jak chcesz sprawdzić jaki skutek osiągnęła twoja praca).

-Może byś nam pomógł? –Zapytał Daniel.

-A w czym? Chodzeniu po dachach?

-Nie. Nawet o tym nie myśl. –Zabronił mu tata. –Możesz porozwieszać światełka na drzewkach.

-Jasne. –Chłopak niechętnie zabrał się do pracy.

W kuchni pachniało przecudnie. Pierogi z grzybami smażyły się na patelni, ryba po grecku leżała na półmiskach owiniętych w folie, kutia leżała w garnku na blacie, Zapach pierniczków wydobywał się z szafki, a karp pływał jeszcze w wannie. Jak co roku nikt nie miał odwagi pozbawić go życia. Pani domu nie chętnie spoglądała na tłuczek w swojej dłoni.

-Idź po ojca. –Rozkazała córce.

Po pięciu minutach wróciła.

-Coś chciałaś? –Zapytał.

-On tak na mnie słodko patrzy!

-No nie znowu...

-Może go wypuścimy?

-W tym roku chcę wreszcie zjeść karpia.

-Przechodzę na wegetarianizm. –Powiedziała Lily, która właśnie weszła do kuchni.

-Mówisz to co roku. –Przypomniał jej tata.

-Och tato. Tym razem to ja mówię na serio. Przechodzę na wegetarianizm!

-Przestań się drzeć! –Powiedziała Petunia patrząc nienawistnie na swoją „siostrę”.

Lilka wystawiła jej język i opuściła kuchnie.

Po skończonej pracy wszyscy uwalili się na fotelach i kanapie w salonie.

-Uch. I po robocie.

-No tak jak. A teraz wszyscy do łóżek. Jutro babcia Gienia przyjeżdża z siostrą Anabel.

-Co? -Krzyknął zdziwiony Victor.

Nienawidził tej strony rodziny. Zresztą podobne odczucia miało jego rodzeństwo o czym świadczyły niezadowolone miny.

-Nie mówiliśmy wam? Ale teraz już wiecie. A teraz marsz do łóżek. –Wypędziła młodzież Cornelia.

Dziewczyny zamknęły się w pokoju i od razu zaczęły jęczeć.

-Tylko nie ciotka Anabel.

-Ta. Znowu będzie nas poniżać przed Petunią.

-A babcia Gienia...

-Po pierwsze to nie nasza babcia tylko Pet.

-No tak. Pewnie nie zapomni nam o tym przypomnieć.

-Dobra. Dosyć tego smęcenia Lily! Pokaże ci czego się nauczyłam.

Podeszła do lustra i zacisnęła mocno powieki. Po chwili jej długie, rude włosy stały się białe i sięgały do ramion. Zadowolona z efektu dziewczyna odwróciła się do siostry.

-Super!

-Co nie. Na razie mogę zmieniać tylko długość i kolor włosów. Zauważyłam to jak Bacon mnie wkurzył.

Jeszcze kilka razy zmieniła ich kolor i poszły spać...

Na razie taka notka. W następnej ciąg dalszy świąt. Mam nadzieję, że was nie zanudzam. Mogła by być ździebko dłuższa, ale nie chce mi się dziś już myśleć. Mam małe urwanie głowy. Ale na wasze szczęście jestem uzależniona od neta.

Pozdrowionka!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 1 października 2016

Licznik odwiedzin:  8 250  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Galerie

O mnie

Hejka! Nazywam się Majka. Nie chce pisać co mnie interesuje, co lubie i jaka jestem. Po co mam to pisać. Moge wam powiedzieć, że lubie opowiadania fantazy i HP. Chętnie dodaje do linków. Moje blogi powstają przez to, że moja głowa nie może pomieścić już mojch szalonych pomysłów. Moje gg:2562455

O moim bloogu

Bohaterowie Rodzina: Sara Lisa Evans-Gryffindor, Urlic Victor Evans-Gryfindor, Caleb Daniel Evans-Gryffindor, ElizabethGryffindor, David Evans, Cornelia Evans, Petunia Evans; ...

więcej...

Bohaterowie Rodzina: Sara Lisa Evans-Gryffindor, Urlic Victor Evans-Gryfindor, Caleb Daniel Evans-Gryffindor, ElizabethGryffindor, David Evans, Cornelia Evans, Petunia Evans; Pryjaciółki Lily Dorcas Mendows,Ida Crave i Ann Medison; Sławni Huncwoci Syriusz Black, Remus Lupin, James Potter i Peter Petigrew;

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl